A może się mylę?
Zadziwiające, jak bardzo lubimy mieć rację. Jak silna jest w nas potrzeba, by czuć się mądrymi, sprawiedliwymi, „po właściwej stronie”. I jak często właśnie ta potrzeba staje się źródłem konfliktów, cierpienia i przemocy.
Nasz umysł jest genialny w samooszukiwaniu, sprytnie usprawiedliwia każde nasze zachowanie, tłumaczy błędy, nagina fakty, byle tylko podtrzymać przekonanie, że jesteśmy „dobrzy” i „rozsądni”.
Bo gdybyśmy mieli zobaczyć siebie prawdziwych, tych, którzy się mylą, ranią, reagują z lęku czy zazdrości, szlag by trafił coś, co daje nam poczucie bezpieczeństwa – pozytywny obraz samego siebie.
Zamiast więc przyznać, że mogliśmy się pomylić, że coś zrobiliśmy nie z najlepszej intencji, wolimy racjonalizować, przerzucać winę, szukać usprawiedliwień.
Działanie tego mechanizmu widać w skali mikro- w relacjach, rodzinach, związkach i w skali makro- w społeczeństwach, ideologiach, religiach.
Największe zło nie rodzi się z nienawiści, lecz z przekonania o moralnej słuszności. Z poczucia, że „wiem lepiej”, że „to dla dobra innych”, że „oni się mylą, a ja „działam w jedynie słusznej sprawie”.
Wtedy właśnie znikają granice. Zaczynamy ranić w imię dobra, niszczyć w imię prawdy, wykluczać w imię miłości.
Przemoc nie zawsze wygląda jak cios. Często to tylko słowo, komentarz, pogarda, wykluczenie, obojętność. I w tym sensie rzeczywiście jest zakaźna. Rozprzestrzenia się wśród ludzi szybciej niż jakikolwiek wirus.
Tymczasem dojrzałość nie polega na tym, by zawsze mieć rację, ale by umieć czasem powiedzieć: „może się mylę”.
Bo jak pisał Voltaire:
„Wątpienie nie jest przyjemne, ale jest stanem bardziej racjonalnym niż pewność.”
